Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 03 - Wojenne Łupy - Rozdział 17

    Co to takiego? - Pilą przyturlała się i próbowała zerknąć na komunikator, na który patrzył też Straat-ien, siedzący na brzegu łóżka. Ekran, który trzymał, miał osiem centymetrów kwadratowych i mógł emitować pseudoholograficzne projekcje.

    Oparła się o niego i zarzuciwszy ręce na szyję, oparła głowę o jego ramię.

    - Wais! A to ciekawe. Widzę, że nie nosi translatora. - Słuchała uważnie. - Jej gesty są z pewnością dobitne. Czy to ta, o której mi opowiadałeś i którą znasz tak długo?

    Kiwnął głową i razem wysłuchali transmisji do końca.

    Straat-ien odłożył komunikator na nocną szafkę i położył się na łóżku. Jego towarzyszka przytuliła się do niego, obejmując ramieniem jego pierś. Przez chwilę milczeli, przetrawiając treść przekazu obcej.

    - Myślisz, że się nie myli co do nas?

    - Nie wiem. - Straat-ien zapatrzył się w sufit. - Czasami myślę, że wie o nas więcej, niż my sami.

    - Więc jesteśmy skazani na wieczną walkę? S'vanowie powstrzymają nas przed zagładą, ale na tym koniec? Nie pomogą nam zmienić starych przyzwyczajeń, nie wesprą przy tworzeniu pokojowej cywilizacji. - Zmarszczyła brwi. - Nie chcę już więcej walczyć.

    - Ja też nie mruknął Straat-ien. - Ale ty i ja możemy korzystać z wnikliwości Kadry. Jesteśmy bardzo nieliczną, niezbyt wpływową mniejszością. Większość rodzaju ludzkiego ciągle widzi wszystko inaczej.

    - Wygląda na to, że Wais oczekuje, że coś w tej sprawie zrobisz. Wzruszył ramionami i zrzucił z nóg prześcieradło.

    - Ona zna mnie lepiej, niż jakiegokolwiek innego Ziemianina. Wie o Kadrze i o tym, że próbujemy znaleźć jakiś sposób, by choć trochę zmienić nastawienie Ziemian. To będzie wystarczająco trudne bez aktywnej opozycji ze strony samych S'vanów, Oni są niebezpiecznie sprytni.

    - Myślisz, że jest bezpieczna?

    - Do tej pory dawała sobie radę. - Wyglądał na zamyślonego. - Gdy Kadra decydowała o jej losie, twierdziłem, że jeśli zostawimy ją przy życiu, pewnego dnia stanie się dla nas użyteczna. Oto dowód popukał w rekorder. - Gdyby nie ona, nie wiedzielibyśmy o tej organizacji S'vanów.

    - Racja. - Pilą była dojrzała i mądra. - Teraz możemy podjąć odpowiednie kroki. Kilka sugestii we właściwym czasie i miejscu, a będziemy mogli niepostrzegalnie zneutralizować ich wpływy.

    Straat-ien westchnął.

    - Chciałbym, żebyśmy mogli równie łatwo wpływać na własny gatunek. W wielu naszych koloniach już wybuchły walki. Rada Kadry lada moment spodziewa się przeniesienia zamieszek na Ziemię. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie nie widzą bezproduktywności takiego wstecznego zachowania.

    Poklepała go po piersi.

    - Jak słusznie zauważyłeś, kochanie, my mamy za sobą Kadrę. Większość Ziemian, nie... jeszcze nie.

    - Jeśli nie będziemy ostrożni - nigdy się to nie zdarzy. Wiem, że genetyczny wzór wszczepionego przez Ampliturów neuronowego ogniwa jest dominujący, ale miną setki lat, zanim przeniknie on na tyle głęboko do naszego DNA, by sprawić jakąś różnicę.

    - Dopóki to się nie stanie, musimy robić wszystko, co tylko w naszej mocy, Nevan. Spoczywa na nas wielka odpowiedzialność. - Palcami czochrała włosy na jego piersi.

    - Chciałbym wiedzieć na pewno, czy przewidywania Lalelelang są prawdziwe.

    - Musimy przyjąć, że tak. Przyjęcie innego założenia składa nasz los w ręce S'vanów, Hivistahmów i całej reszty.

    - S'yanowie - mruknął. - Prędzej podejrzewałbym Hivistahmów, czy nawet Massudów, ale nie S'vanów.

    - Oni zawsze żartują i psocą, by ukryć swoją inteligencję - przypomniała mu. - Zawsze tak było.

    Przez chwilę milczała, muskając dłoniąjego skórę.

    - Nevan - zapytała trzeźwo - czy sądzisz, że mamy jakąś szansę, by zintegrować się ze społecznością Gromady i cieszyć się pokojową, partnerską przyszłością? Czy też rację ma Wais i już do końca skazani jesteśmy na walkę i zabijanie?

    - Lalelelang jest pesymistką, ale ma nadzieję, że potrafimy się zmienić. Myśli tak ze względu na unikalną szansą, myśli że Kadra może być instrumentem tej zmiany i że możemy stać się przynoszącą odnowę anomalią, której jej statystyki nie brały pod uwagę.

    Pilą oparła się na łokciu i wpatrzyła się w niego.

    - Nie pytałam, co ona myśli. Pytałam, co ty myślisz. Przez chwilę nic nie mówił, po czym obrócił się by wziąć ją w ramiona i przyciągnął do siebie.

    - W tej chwili myślę, że jestem zmęczony myśleniem.

   

   

    Katalogowanie ogromu danych, które zdobyła, prowadzenie wykładów i przygotowywanie materiałów do seminariów, wszystko to zostawiało Lalelelang bardzo mało czasu na popularyzowanie jej teorii, a nawet na jakiekolwiek życie towarzyskie. Na zewnątrz siostry z triady wspierały jej wysiłki, ale w odosobnieniu, rozpaczały. Ich błyskotliwa, atrakcyjna, sławna siostra marnowała się, poświęcając cały swój czas badaniom. Bezustannie powtarzały, że źle wykorzystuje czas, ale nic nie mogły na to poradzić. Lalelelang zgadzała się z ich zdaniem i w dalszym ciągu lekceważyła je, podobnie, jak ignorowała tych samców, którzy ośmielili się nawiązać z nią kontakt.

    Nie mogli wiedzieć, że ma na głowie znacznie więcej niż tylko przetwarzanie wiadomości.

    Korzystając z szerokiego wachlarza uniwersyteckich urządzeń, śledziła międzyplanetarne media z ponurym przeczuciem. Szukała tego rodzaju informacji, która nigdy nie dociera do szerokiej publiczności. Jeden świat, nawet część jednego kontynentu produkowała dość danych, by nasycić jej zainteresowanie. A poza tym, teraz, gdy wojna na dobre się już skończyła, kto dbał o to co Ziemianie, a na dobrą sprawę również Hivistahmowie, czy Massudzi, robią na swoich własnych planetach? Gromada została stworzona, by zająć się Ampliturami. Gdy to zamierzchłe, międzygwiezdne zagrożenie zostało wreszcie wyeliminowane, częstotliwość kontaktów międzygatunkowych już zaczęła się obniżać.

    Baza danych rosła, a z nią jej niepokój.

   

   

    Na wschodniej i północnej części kontynentu Dakkar zasiedlonego przez Ziemian, wybuchły pomiędzy mieszkańcami długotrwałe walki. I choć nie były tak zażarte, jak gwałtowne erupcje furii, które znaczyły historię Starej Ziemi, stanowiły wystarczający powód do zmartwień.

    Trójka s'vańskich rozmówców, którzy przypadkiem przebywali na MacKay w związku z innym projektem, chciała załagodzić spór. Ich ofertę przyjęto, ale okazała się być jedynie połowicznym sukcesem, Na Mauka IV wybuchł bunt wśród grupy wyspiarzy, którzy twierdząc, że są zaniedbywani, próbowali oderwać się od centralnej planetarnej administracji na głównym kontynencie. Jako, że znaczną część populacji wysp stanowili niedawno zdemobilizowani żołnierze, ich opór był niewspółmiernie wielki w stosunku do ilości mieszkańców. Nie było tam żadnych S'vanów, by pomóc ostudzić zapały zażartych wyspiarzy i urazę tych z kontynentu.

    Najgorsze kłopoty wybuchły na Barnardzie, pierwszej planecie skolonizowanej przez Ziemian i jedynej, która szybko stawała się równie zurbanizowana, co Ziemia. Barnard był też domem sporej populacji Massudów, którzy robili wszystko, co mogli, by trzymać się z dala od swych dwunożnych braci i ich niecywilizowanego, a do tego, gwałtownie pogarszającego się zachowania. Istnienie licznej klasy Ziemian, którzy bardzo się wzbogacili dzięki wojnie, tylko zaostrzało rosnące napięcia, co groziło zaangażowaniem Massudów w zbliżający się wbrew ich woli konflikt.

    Sytuacja stała się wystarczająco zła, by wywołać cichą radość wśród Ampliturów, ale mimo starannego monitorowania szeregu źródeł informacji, Lalelelang nie mogła znaleźć śladu choćby pośredniego zaangażowania Ampliturów w pogłębiające się swary pomiędzy Ziemianami. Nie było też oznak regresji, czy niepokoju wśród ich byłych sojuszników, takich, jak Ashreganowie, czy Krygolici. Wszyscy radośnie się rozbrajali i pod niebiosa wychwalali odzyskany pokój.

    Lalelelang wiedziała, że Ampliturowie muszą zdawać sobie sprawę z tego, co dzieje się na planetach Ziemian, ale dowodów na to miała nie więcej, niż na poparcie innych swoich teorii, Póki co, kontynuowali demontaż swego potężnego kompleksu wojskowego, jednocześnie podejmując niepewne kroki, zmierzające do nieograniczonego uczestnictwa w międzygwiezdnym handlu i komunikacji. Jeśli ich działalność była inspirowana jakimiś sekretnymi motywami, to były one dobrze ukryte.

    I wtedy, około czwartej rocznicy rozpoczęcia rozruchów wśród Ziemian, wbrew jej złowieszczym przepowiedniom, walki osłabły. Nie zostały całkiem przerwane. Niektóre konflikty pomiędzy nimi ciągle trwały, nowe wybuchały, ale stare, zaczęły wygasać. Nie każda zapalna sytuacja kończyła się wybuchem walk, nie każda kłótnia powodowała użycie siły. Szereg poważnych handlowych sporów zakończył się ugodą.

    Nauczeni bolesnymi doświadczeniami na Baraardzie, Massudzi trzymali się z dala od takich utarczek. Jakiekolwiek działania S'vanów pozostawały niewidoczne.

    Może nie doceniała S'vanów. Nie byłaby pierwsza. Może jednak byli w stanie kontrolować tę ludzką chorobę, nie kwapiąc się z jej uleczeniem, A może dalsze eksplozje walk trzymane były w tajemnicy, dzięki tajemniczej Kadrze pułkownika Straat-iena. A może to oni pracowali nad S'vanami. Bez względu na przyczyny, wyniki były optymistyczne.

    Czy, nawet wśród ekscentrycznych Homo Sapiens, istniało coś takiego, jak dopuszczalny poziom przemocy? Rozważała różne warianty.

    Choć zaniepokojona, reszta Gromady wolała ignorować ten problem tak długo, jak długo nie rozprzestrzenia się na ich własne światy. W przeciwieństwie do S'vanów, teraz, gdy wojna była skończona, ogół populacji Gromady nie dbał o to, czy rodzaj ludzki sam siebie unicestwi, czy też nie. Prawdę mówiąc, było wielu, którzy uważali, że to nie byłoby takie złe rozwiązanie.

    Setki lat asocjacji z Gromadą doprowadziło jednak do pewnych dostrzegalnych zmian w żywej tkance rodzaju ludzkiego. Były oznaki, świadczące o tym, że pierwszy kontakt, William Dulac, mógł jednak mieć choć częściową rację w ocenie własnego gatunku. Po zakończeniu wojny społeczne interakcje pomiędzy Ziemianami i ich współbraćmi na innych planetach zaczęły się rozwijać.

    Gdyby udało się wyperswadować S'vanom hodowlę bitewnych zdolności Ziemian, to progres w kierunku w pełni zintegrowanej cywilizacji można by jeszcze przyspieszyć. Jeśli tak się nie stanie, wiedziała, że pewnego dnia rodzaj ludzki może powrócić do tego samego rodzaju samobójczych zmagań, jakie kiedyś charakteryzowały ten gatunek. Lalelelang wielokrotnie sprawdzała wyniki swej pracy. Krępi, włochaci humanoidzi grali w bardzo niebezpieczną grę, na niewiarygodnie wielką skalę.

    Tak czy inaczej, jedyne, co mogła zrobić, to obserwować i monitorować. W jej pamięci czysto i wyraźnie pozostała wizyta, którą S'vanka złożyła jej przed kilku laty, podobnie jak wynikające z niej implikacje.

    Czasami zastanawiała się, jak jej stary przyjaciel, pułkownik Nevan Straat-ien radzi sobie w czasach pokoju i czy bierze udział w którymś z gwałtownych konfliktów, wybuchających pomiędzy jego współbraćmi. Nie kontaktowali się ze sobą od wielu lat. Utrzymywanie stosunków pomiędzy istotami zamieszkałymi na różnych planetach było trudne, a do tego kosztowne. Bez wątpienia był szalenie zajęty, jak większość Ziemian. Pewnie zajęty był całkiem nową karierą, albo rodziną. Nigdy nie omawiał spraw związanych z parzeniem się w jej obecności, bo i czemu miałby to robić? Jego rytuały i tańce nie interesowały jej.

    Niezwykła przyjaźń pomiędzy nimi wyrosła z konieczności i zagrożenia. Żaden z tych stanów już nie istniał. Od czasu do czasu poświęcała chwilę, by w myślach życzyć mu wszystkiego najlepszego gdziekolwiek był i miała nadzieję, że może i on od czasu do czasu robi to samo na wspomnienie o niej. Ciekawa była, czy dużo myśli poświęcił jej teoriom, ale zdecydowała, że jednak nie. W końcu cywilizacja Gromady wcale nie była o krok od opanowania jej przez szalejących Ziemian.

    Była ogromnie szczęśliwa, że czas pokazał, iż się myliła.

    Póki co.



Strona główna     Indeks